Ogłoszenia i komunikaty

 Redaktor: Wiesław Kopeć

Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w nocy z 7 na 8 czerwca

zmarła Pani Profesor Marianna Sankowska,

długoletnia nauczycielka języka polskiego i wicedyrektorka Jagiellonki

(w naszej szkole pracowała od 1 września 1970 roku).

 

Rodzinie zmarłej Pani Profesor składamy wyrazy szczerego współczucia.

 

Pogrzeb odbędzie się we wtorek 12 czerwca o godz. 16.00 w Baboszewie koło Płońska.

 

Wspomnienie Pani Romany Kuffel o Pani Profesor Mariannie Sankowskiej:

Za uczniami poszłaby w ogień

Za moich czasów licealnych Jagiellonka słynęła z wybitnych nauczycieli, którzy zapewniali wysoki poziom nauczania. Do nich niewątpliwie zaliczała się Profesor Maria Sankowska, choć nie wszyscy Ją kochali, może dlatego, że wymagała interpretacji literatury tak jak Ona to widziała.

Gdy myślę o Pani Profesor Marii Sankowskiej (tak Ją nazywaliśmy, chociaż na imię miała Marianna, a grono pedagogiczne mówiło do niej „Danka”), to na całe życie zapadła mi w pamięci Jej wspaniała dykcja i walka o poprawną polszczyznę uczniów. Zawsze podkreślała, że język polski jest bardzo bogatym i żywym językiem, ale należy go także wzbogacać, znać obce słowa. Do dziś pamiętam, jak mówiła: "Słownik Sierotwińskiego! Strona ta i ta. Sprawdź, co znaczy inherentny albo adekwatny". Ta wysoka, na pozór zasadnicza i budząca respekt kobieta, była dla mnie nauczycielem z powołania. Za uczniami poszłaby w ogień, chociaż nie była wylewna, wtedy w Jagiellonce istniał duży dystans między nauczycielami a uczniami.  Przypominam sobie dwa zdarzenia ilustrujące Jej podejście do uczniów.

Od I do III klasy języka polskiego uczyła nas młoda, zaraz po studiach polonistycznych, prof. Lena Szatkowska, ale była dla nas za dobra, traktowała nas jak młodszych kolegów, co było precedensem w Jagiellonce nazywanej wówczas „klasztorem”. Uczyliśmy się esperanta, wyjeżdżaliśmy do Teatru Narodowego na premierowe spektakle w reżyserii Hanuszkiewicza, sami wystawialiśmy sztuki, ale nie poświęcaliśmy na naukę tyle czasu, by osiągnąć lepsze wyniki. Po druzgocącej wizytacji dyrektora Przyszlaka, jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że w klasie maturalnej (1972/1973)  języka polskiego będzie nas uczyć Pani Profesor Sankowska, która już wtedy miała opinię „kosy”. Oj, wzięła nas mocno „do galopu”, ale sama poświęciła się tak, że nie wyobrażam sobie innego nauczyciela w tej roli. W I semestrze powtórzyliśmy materiał od klasy pierwszej do trzeciej. To właściwie była ekspresowa nauka, a nie powtórka. W II semestrze musieliśmy przerobić cały nowy materiał klasy IV. Pani Profesor wykorzystywała godziny wychowawcze, każde „okienko” w zajęciach, zostawała z nami bezinteresownie po lekcjach. Przygotowywała nas też do pisania egzaminu maturalnego, do odpowiedniego rozplanowania czasu, byśmy potrafili zmieścić się w limicie godzinowym. Wyciągaliśmy wtedy arkusze papieru podaniowego, pani Sankowska zamykała drzwi klasy na klucz, nastawiała zegar, a my mieliśmy pisać wypracowanie tak jakby to był egzamin maturalny. Chciała nas jak najlepiej przygotować i to naprawdę Jej się udało. Tym bardziej, że zawsze miała nosa do tematów maturalnych. Wtedy też przewidziała, że jeden temat będzie dotyczyć Oświecenia.

Drugi raz, po latach, spotkałam się z Panią Profesor w zupełnie innej roli, gdy musiała dokonać dramatycznego wyboru, który był sprzeczny z jej osobistą postawą, z jej troską o ucznia. Bodaj na początku lat 90. moja macierzysta redakcja wysłała mnie do Płocka, by zrobić relację z matury. Wybrałam się do Jagiellonki, bo zawsze była najbliższa mojemu sercu. A tam natknęłam się na zdenerwowanych, rozemocjonowanych uczniów i rodziców, którzy stali na dziedzińcu szkoły, czekając na decyzję Rady Pedagogicznej, czy matura się rozpocznie. W całej Polsce „Solidarność” ogłosiła strajk (nie pamiętam z jakiej przyczyny), a kartą przetargową stali się niestety maturzyści. Pani Profesor miała cywilną odwagę wyjść do zdenerwowanych uczniów i ich rodziców i przekazać im dobitnie, jak to zawsze czyniła w klasie czy w auli,  że jest przeciwna tej decyzji i wystawianiu maturzystów na tak ekstremalne przeżycia. A przecież sama była działaczką „Solidarności”, jednak wielkie poczucie odpowiedzialności za los powierzonej młodzieży było dla niej ważniejsze, niż interesy związkowców, którzy Ją niestety w Radzie Pedagogicznej przegłosowali. Egzaminy maturalne odbyły się dopiero za kilka dni.

Maria Sankowska uczestniczyła też w naszych dwóch zjazdach klasowych na 20-lecie  i 30-lecie matury. Jeden, jedyny raz, jako gospodarz klasy, odwiedziłam ją wtedy w Jej płockim mieszkaniu i wręczyłam zaproszenie. Bardzo się ucieszyła. Widziałam ją wtedy pierwszy raz po „domowemu”, taką ciepłą, serdeczną babcię w fartuszku, bo przygotowywała obiad dla wnuczki, która Ją odwiedziła. Przyjechała na zjazd jak zwykle elegancka i w zastępstwie naszego nieżyjącego wychowawcy, prof. Zdzisława Kowalczyka, przeczytała z dziennika listę obecności klasy IVE. Z wielkim zainteresowaniem słuchała krótkich opowieści o naszych losach po opuszczeniu „Jagiellonki” i szczerze cieszyła się z naszych osiągnięć.

Pani Profesor, ze stoickim spokojem, zawsze powtarzała nam w klasie, że mamy cieszyć się beztroskimi latami młodości, bo w dorosłym życiu zaczną się schody, a lata szybko płyną, oraz, że nie ma ludzi niezastąpionych, co najwyżej są oni pochowani w alei zasłużonych. Tak sobie myślę, że będzie mi brakować jej zdystansowanego podejścia do życia, które zachowała mimo wielu trudnych chwil i wyniszczającej choroby. I tej autentycznej miłości do języka ojczystego.

Pani Profesor, żegnamy Panią z wielkim smutkiem i bólem. To prawda, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale tak trudno pogodzić się z tym, że odszedł kolejny wybitny nauczyciel i bezkompromisowy człowiek o wielkim sercem dla młodzieży.

Romana Krystyna Kuffel 

 

Wiesław Kopeć: Krótkie wspomnienie o Pani Mariannie Sankowskiej:

Kilka lat temu Pani Marianna przekazała mi oryginał listu, jaki w roku 1980 otrzymała od wybitnej polskiej pisarki Marii Kuncewiczowej jako odpowiedź na list, który sama skierowała do autorki "Cudzoziemki" z prośbą o napisanie życiorysu ojca pisarki - Józefa Dionizego Szczepańskiego, pierwszego Dyrektora Jagiellonki (1906-1909), ówczesnego Gimnazjum Polskiego w Płocku.

Poniżej zamieszczam fragment tego listu opatrzonego datą 26 lipca 1980 roku, skierowanego do Pani Marianny Sankowskiej przez Marię Kuncewiczową (oryginał znajduje się w muzeum naszej szkoły):

 

Kazimierz 26.7.80 

Droga Pani, odpowiadam nie od razu, bo ciągle jeszcze wojuję z zaległościami spowodowanymi długą nieobecnością w Kraju. Temat listu Pani jest b. bliski memu sercu, ale trudno mi i nie umiałabym pisać o moim Ojcu suchej notatki biblio-bio-graficznej [pisownia oryginalna]. Myślę, że przytoczenie fragmentu płockiego z Fantomów ożywiłoby Waszą publikację… W tym wypadku zresztą chodziłoby o córkę człowieka omawianego i b. uczennicę pensji płockiej, a więc osobę z Płockiem związaną.

Ojciec mój pozostawił dość długi i znakomicie napisany pamiętnik, gdzie obszernie opisuje strajk szkolny w 1905ym r. [pisownia oryginalna] i następnie założenie przez siebie gimnazjum Macierzy Szkolnej w Płocku. Niestety, pamiętnik ten w tej chwili nie jest mi dostępny, bo redaktor, który stara się o jego wydanie i ma cały ten materiał u siebie, wyjechał na urlop.

Wobec tego, że terminy są krótkie, na osobnych kartkach spiszę to, co sama wiem i pamiętam z biografii Józefa Dionizego Szczepańskiego, mego bardzo Kochanego Ojca.

Łączę serdeczne wyrazy

Maria Kuncewiczowa

Proszę mi wybaczyć niechlujny rękopis. Sama na maszynie nie piszę, a w tej chwili nie mam nikogo pod ręką, któryby [pisownia oryginalna] ten artykulik przepisał. 

Dalej następuje Wspomnienie o Ojcu. Cały dokument znajduje się w Muzeum Szkoły.

Niech jeszcze to jedno wydarzenie, tak niezwykłe, przypomni postać Pani Marianny Sankowskiej, polonistki tak głęboko zaangażowanej w życie szkoły. Niech pozostanie zapamiętana przez swoje najlepsze czyny.

Wiesław Kopeć