Ogłoszenia i komunikaty

 Redaktor: Kopeć Wiesław

21 LUTEGO OBCHODZONY JEST NA ŚWIECIE

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ JĘZYKA OJCZYSTEGO

 

Profesor Jerzy Bralczyk: Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego to ważne święto!

O JĘZYKU POLSKIM.

HISTORIA JĘZYKA POLSKIEGO.

NAJSTARSZY JEDNOJĘZYCZNY SŁOWNIK JĘZYKA POLSKIEGO:
 "SŁOWNIK JĘZYKA POLSKIEGO" (1807-1814) SAMUELA BOGUMIŁA LINDEGO.

 

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego został ustanowiony przez UNESCO w 1999 roku dla upamiętnienia wydarzeń w miejscowości Dhaka, obecnej stolicy Bangladeszu, w 1952 roku. Zginęło wówczas 5 studentów, którzy domagali się nadania językowi bengalskiemu statusu urzędowego.

Z Onet.pl: Naukowcy szacują, że w historii ludzkości istniało około 13 tysięcy języków. Jednak wraz z upływem wieków niektóre z nich zaniknęły. Obecnie na świecie używa się od 6. do 7. tysięcy. Dokładne ustalenie ich liczby utrudnia brak zgody wśród językoznawców, co do klasyfikacji niektórych języków jako odrębnych. Przeważająca część języków świata pozostaje w formie bezpiśmiennej. Według Wikipedii, najwięcej ludzi - ponad miliard 700 milionów - posługuje się językiem angielskim. Drugie miejsce zajmuje chiński, którego obecnie używa około miliard 400 milionów ludzi. W pierwszej dziesiątce znalazły się również: hindi, arabski, hiszpański, francuski, rosyjski, portugalski, bengalski i japoński. Szacuje się, że polski jest językiem ojczystym około 45 milionów ludzi. W różnym stopniu zna go niemal 50 milionów ludzi na świecie.

 

O ZNACZENIU JĘZYKA POLSKIEGO DLA NAS WYPOWIADALI SIĘ POLSCY PISARZE I UCZENI.
OTO KILKA WAŻNYCH GŁOSÓW:

Mikołaj Rej: „A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”.

Hieronim Wietor (renesansowy drukarz i wydawca): Nie mogę się temu wydziwić, gdyż wszelki inny naród język swój przyrodzony miłuje, szyrzy, krasi i poleruje, czemu sam polski naród swym gardzi i brząka, który mógłby iście, jako słyszę, obfitością i krasomową z każdym innym porównać. Ile ja rozumieć mogę z ludzi, nie inna przyczyna tego, jeno przyrodzenie polskie, które ku obcym, a postronnym obyczajom, sprawom, ludziom i językom skłonniejsze jest niźli ku swym własnym.

Cyprian Norwid (Język-ojczysty):

„Gromem bądźmy pierw - niźli grzmotem;

Oto tętnią i rżą konie stepowe;

Górą czyny!... a słowa? a myśli?...

potem!...

Wróg pokalał już i Ojców mowę –”

Energumen tak krzyczał do Lirnika

I uderzał w tarcz, aż się wygięła;

Lirnik na to . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . "Nie miecz, nie tarcz bronią

Języka,

Lecz - arcydzieła!

 

Leopold Staff (Mowa ojczysta):

Bądź z serca pozdrowiona,

Ojczysta święta mowo!

Niby łańcuchem złotym

Wiąże nas twoje słowo

[...]

Tyś nasza twierdza, tarcza,

Opieka i obrona, Ojczysta święta mowo,

Bądź z serca pozdrowiona!

 

Stanisław UrbańczykJaką polszczyzną mówił Jan Kochanowski i jego rówieśnicy. W książce: Szkice z dziejów języka polskiego. Warszawa 1986.

Prof. Jerzy Bralczyk: Za językiem kryje się cały świat.

 

 

O „SŁOWNIKU JĘZYKA POLSKIEGO” SAMUELA BOGUMIŁA LINDEGO

Z PODRĘCZNIKA „MÓWIĄ WIEKI” JULIUSZA BALICKIEGO I STANISŁAWA MAYKOWSKIEGO

("TRZECI ROK NAUKI JĘZYKA POLSKIEGO W GIMNAZJACH",

WYDAWNICTWO ZAKŁADU NAUKOWEGO IM. OSSOLIŃSKICH, LWÓW 1935)

 

Sześć razem tomów formatu wielkiej ćwiartki, a takie zwaliste, że niełatwo ciężar udźwigniesz. Każdy z nich liczy kilkaset stronic, zasianych drobnym drukiem w dwie kolumny.
Jeśli na czym, to na tych foliantach przede wszystkim uchodzi położyć werset Pana Tadeuszowy o centrum ojczyzny, w którym się człowiek napije, nadysze ojczyzny. Mickiewicz, kiedy uciekał od polistopadowej rzeczywistości i nosił w sobie „Dziadów Część Trzecią”, rozczytywał się w tej księdze łapczywie, nierad przez rok cały zwrócić pożyczonego egzemplarza. U nóg Fredry stał zawsze Linde; na tej dolnej półce pulpitu, przy którym twórca „Zemsty” zwykł pisywać stojąco. Książę Józef kazał sobie Lindego czytać do poduszki w Jabłonnie. Woził się z nim powszędy, jak z „atrybutem pierwszej potrzeby”, Stefan Żeromski.

Upojna, niebezpieczna to lektura. O świecie Bożym zapominasz. Gdzie zajrzeć, huczy huraganowy ogień słów. Mówią wieki. Trzy wieki polszczyzny. Słychać język dawnej Rzeczypospolitej królewskiej. Od Jagiellonów do rozbioru. Zabierają głos wszyscy. Nie tylko hetmańskie pióra, senatorzy frazesu. Wszyscy ludzie. Odzywa się puszkarz przy armacie i jarmarczny ścisłek jurysta, sekretarz królewski i ciemny szlachciura. Tu koncept z kalendarza, tam z kantyczki lub „Voluminów legum”. Wszyscy mówią: kaznodzieje obozowi i pasiecznicy, poczciwe kompany, heretycy, ludzie dworni po dwornemu i hultaje po hultajsku. Usłyszysz słowa, które umarły dawno, i słowa, które żyją wiecznie. Prasłowa. Jak zmieniały znaczenie i przystosunek, jakie było ich życie w ciągu wieków. Jaki poszum, upadek i klęska. Życiorysy słów po prostu.


Zobaczyć trzeba na przykładach, jaki to dykcjonarz czarodziejski, czym Linde ciągnie i przykuwa, czytelnika. Weźmy tedy słowo pierwsze z brzegu, codzienne i proste. Dajmy na to: serce.

Co nam potrafi nowego powiedzieć o sercu stary słownikarz? Otóż dużo potrafi. Cztery strony, bitym drukiem zapełnione. Od siebie nie mówi nic, tylko kolejno głos oddaje innym ludziom. Najpierw z wieku i urzędu Rejowi: „Serce jest jako wójt wszystkiego ciała, które inne członki snadnie uspokoić może”. Już wówczas, u tego samego Reja, bywa rozmaite: wierne i uniżone, miłosierne i upokorzone. Wiedzą też ludzie Odrodzenia, co to jest człowiek zajęczego serca. „Lwie serce było w Chodkiewiczu” — woła kaznodzieja nad jego grobem, a satyryk szesnastowieczny szydzi, że zbyt często słuchamy słów onych pozłocistych: „mój złoty, moje serce, mój serdeczny”. Wedle serca coś komu uczynić znaczy: wedle życzenia.

Wacław Potocki w wieku Potopu wzdycha: „Oby była do serca człowieczego szyba!” — a współcześnikom jego serce się psowa i puka i kraje z żalu.

Ścieśnione boleścią serce mają Polacy w epoce rozbiorów. A także nieunoszone, niewdzięczne i złe. Udowadnia to wszystko Linde z cytatami w ręku. Uległ wówczas język poniewoli modzie słów złożonych i cudackich przymiotników. Żyją w epoce Stanisławowskiej, ale krótko na szczęście: szkarłaty sercowędne i balsamy sercokojne. Wenera sercorucha z Amorem sercowładnym rozniecają sercolubne pożary.

Lecz patrzmy dalej: Przysłowia z tym pierwiastkiem związane obmyją nas zaraz z tego nalotu sztuczności: „Co w sercu, to i na języku”; „Pókiś w oczach, pótyś w sercu”; „Tak mało ma serca, iż zając go zastraszy”. Ale to chyba w innym, przenośnym już znaczeniu? Naturalnie. Pan Samuel Bogumił Linde wie o tym doskonale i za chwilę wysypie całe naręcze przytoczeń, gdzie serce oznacza odwagę, animusz, męstwo. Opowie o ludziach, którzy, na ziemi leżąc, na sercu nie upadli. Leszek Czarny np. był pan serdeczny, t.j. odważny. I później, za złotych czasów jagiellońskich, u Kromera „serdecznością nasi, liczbą nieprzyjaciele przechodzą”. Ale nie tylko to jedno jest serce, co wójtuje w ludzkim ciele, bo podobnie zwie się klepadło, co w ścianę dzwonu uderza, jest serce w roślinie, w piszczałce i flecie, serce w więcierzu, „przez które gdy ryba przejdzie, dla wężyzny wrócić się nie może”. Dziećmi serca są serduszka i serdeńka.

Od serca wywodzą się ciepłe serdaki, i żelazne serdaki, w których chodzą rycerze za czasów Kochanowskiego, i serdeczniki o trojakiem znaczeniu: tak nazywają się zioła i drogie kamienie i sworzeń u wozu. A ileż różnych innych przechodnych znaczeń serdecznych. Nie tylko boleść jest serdeczna, nie tylko figle i męstwo, czwarty palec u ręki tak się zowie, jest żyła serdeczna i glista, i pukanie serdeczne, czyli bicie serca.


Sięgnijmy gdzie indziej!
Słowo zapał. Na trzech ogromnych in quarto stronicach zestawiono wszystko, co ma związek z tym pierwiastkiem. Więc najpierw sześć znaczeń przeróżnych samego słowa, od pierwotnego „zapału siarczystego” w dawnej artylerii. Zapał oznacza ofiarę religijną w Starym Testamencie, i zaognienie rany w medycynie. Bywają ofiary zapaliste i ludzie zapalczywi ku Bogu. Zaloty zapaliste i gniew, i pszenica, która gdy jest barwy zapalistej, tedy już doźrzeje.

Zapalić można prochy, stróż zapala lulkę, piorun gumno. Kucharka zapala mąką jarzyny i sos, zboże się zapala w słońcu i wrzód, zorza i obłok. „Zapalono głowo, pójdź do stu katów z swoim warjatem Seneką!” wołają na teatrze warszawskim za czasów Stanisława Augusta. Brak — rzecz prosta — zapałek, których nie było jeszcze na świecie w chwili narodzin „Słownika”.


Już teraz wiemy po trochu, co się w tych sześciu tomach zwalistych zawiera. Całość wyrazownictwa naszego z trzech wieków, od „Trenów” Jana z Czarnolasu, do „Satyr” Krasickiego, inwentarz narzędzi słownych na co dzień i na święto, zasób znaczeń, odmian, powiedzeń i powiedzonek, przenośni i synonimów. A wszystko z przykładami, gdzie, kiedy, jak. Kiedy Skarga, a kiedy Orzechowski, jak u Niemcewicza, a jak w straganowej powieści.

I pomyśleć, że jest to dzieło jednego człowieka, jednej pary oczu i rąk, jednego pilnego mózgu, znojącego się przez kilka dziesiątków lat! Gdzie indziej na świecie, w Anglii, Francji czy w Niemczech, praca nad ułożeniem słownika narodowego rozkładała się i rozkłada na całe pokolenia ludzi i na zespoły uczonych.

W podzięce za rozpoczęty "Dictionnaire de la Langue Française" kazał Ludwik XIV wybić medal na cześć 40 nieśmiertelnych członków Akademii Francuskiej. W Polsce wybito taki sam medal złoty w 1816 r. na cześć jednego człowieka, z napisem: „Za Słownik Języka Polskiego — Ziomkowie 1816”.

 

__________________________________________

 

Pan dyrektor liceum warszawskiego mieszkał na pierwszym piętrze w tej samej oficynie pałacu Kazimierzowskiego, co pan Kazimierz Brodziński i pan Mikołaj Chopin, już wtedy dumny z genialnego synala. Ale rzadko widywali zakopanego w księgach Lindego. Naśmiewali się zeń natomiast uczniowie w czasie egzaminów, gdy, włożywszy rękę za pazuchę długiego surduta, deklamował z patosem. „Starzec poważny” — słowa człowieka współczesnego — „o łagodnej twarzy i wydatnych rysach, ubrany na podobieństwo duchownych w długi surdut sukienny koloru ciemnozielonego, węgierskie buty, białą na szyi chustkę, wsuwał się wolnym krokiem do audytoriów licealnych, aby przysłuchiwać się wykładom lub egzaminować uczniów. Na popisach najwięcej pobudzało młodzież do śmiechu zamiłowanie rektora do elegii Karpińskiego „Powrót do domu” i sielanki Naruszewicza „Pacierz staruszka”. A gdy w recytacji nie widział dostatecznego zapału, sam w najkomiczniejszy sposób, z akcentem mocno kaszubskim, deklamację uskuteczniał. Na zebraniach wieczornych, w salonie żony, nigdy prawie nie był obecnym. Czasami tylko, w czasie herbaty, wychodził z swego gabinetu, z umbrelką zieloną na oczach, zasiadał w ogromnym fotelu przed przygotowanym stoliczkiem, na którym stała już sporych wymiarów, dla niego tylko służąca, filiżanka”. Odzywał się rzadko. Albowiem ten opatrznościowy dla języka polskiego człowiek do końca życia nie mógł sobie dać rady z jego wymową.


„Kopernik, piernik i Linde jedną mają ojczyznę” zwykł był mawiać o sobie, gdyż rodził się w Toruniu, w drugiej połowie XVIII stulecia (1771). Szwedem był z pochodzenia. Z tej samej Dalarny przybyła do Polski rodzina Lindów, której piękno przyrody i podań narodowych rozsławiła po świecie autorka „Gosty Berling”, Selma Lagerlöff. Językoznawcą został z przypadku. Uniwersytet w Lipsku poszukiwał lektora języka polskiego. Kandydat do tej posady, Linde, wychowany w domu niemieckim, władał nim słabo. Na szczęście zdarzyli się nauczyciele wcale niezgorsi: Kościuszko, Kołłątaj, Niemcewicz, Ignacy Potocki, którzy schronili się do Lipska w czasie Targowicy, „żyłem w Lipsku, jak w Polsce, z Polakami, dla Polski”. Pomysł Słownika przychodzi od razu w czasie nauki. Niemcewicz i Potocki olśnieni, ale i przerażeni zamiarem człowieka, który dobrze po polsku mówić jeszcze nie umie. Nie szczędzą pomocy. Opętany pomysłem zapaleniec opowiada, że zamierza spisać i ułożyć wszystkie wyrazy polskie. A w każdej nadybanej książce podkreśla rudą kredką zwroty ciekawsze. Wszystkie druki polskie chce przejrzeć. Wszystkie? Jedźże waść do pana Ossolińskiego, który w Wiedniu księgi stare gromadzi setkami, ba, tysiącami i dziesiątkami tysięcy. Pojechał. Pokumali się w te pędy obaj.

Ossoliński gorzał pasją gromadzenia ksiąg z miłości dla nich samych, Lindego rozpierała namiętność wyłuskania ich z bogactwa słów, których jeszcze nie znał, które przeczuwał. A znalazłszy, znaczył rudą kredką. W zaufałem obcowaniu przeżyli z sobą wiele lat: zbieracz starych ksiąg ze zbieraczem żywych słów. „Przykład niezrównanej pracowitości Twojej pobudzał i zagrzewał usilność moją!” — pisał Ossoliński. A sam też niemało dopomógł w pracy nad „Słownikiem”, skoro w innym liście powiada: „chcę albowiem dzieło, którego Ty ojcem, a ja dziadem, jak mego ukochanego wnuczka pielęgnować”.

I tak przez wiele lat dziesiątków goni Samuel Bogumił w nieustannych rozjazdach i pościgu za słowem, którego mu braknie jeszcze. Spisywał wszystkie znaleziny na wąskich karteluszkach papieru. Mieszkanie całe, strych i piwnica zasłane karteluszkami. „Zbieracz szczegółów języka, żadnem pismem pogardzać nie powinien. Nie byłbym znalazł słów potocznych, powszednich, wiejskich, rubasznych, swywolnych, gdybym był poprzestał na samych wzorowych pisaniach”.

Wyjątkiem był gigantyczny trud Lindego, ale też mógł się poszczycić poparciem równie wyjątkowym w społeczeństwie. Przy zakładaniu kamienia węgielnego pod Słownik pomogli mu wygnańcy na dwa lata przed insurekcją Kościuszki. A kiedy Napoleon tworzył Księstwo Warszawskie, tom pierwszy — w grudniu 1807 r. — idzie do druku.


Wśród entuzjazmu, nawet przy znacznej pomocy składek publicznych. Jakby przeczuli ludzie epoki Księstwa znaczenie tego dzieła. Nie masz już Polski Królewskiej, niechże nam pozostanie „luba po zgasłej ojczyźnie pamiątka”. Więc, mimo czasy najtrudniejsze, nie szczędzą grosza. Któryś z magnatów najpiękniejszego konia puścił na loterię, aby przysporzyć funduszu na druk. Gdy kongres wiedeński w 1814 r. potwierdza rozbiór Polski, wychodzi spod prasy ostatni Lindego tom. Dziś już nam nie pojąć nastroju uroczystego, z jakim ludzie ówcześni brali do rąk Lindego. Jak Pismo święte. Był im książką do nabożeństwa i brewiarzem pociechy po Berezynie i po upadku Warszawy. Wprowadził masy czytające w samo ognisko języka złotych czasów, pocieszyciel zgnębionego tłumu Polaków, pośrednik i doradca i rozkazodawca dla pisarzy. Wielu z nich jakże często znało literaturę starszą, tych często-gęsto przez się cytowanych Orzechowskich i Górnickich, tylko za pośrednictwem Lindego. Aż i rozkupili go doszczętnie. Mickiewicz nie mógł już w 1831 r. dostać egzemplarza na własność.


Dzieło z biało-kruczych piórek, z wspaniałą pilnością ułożone, stało się samo białym krukiem. A wówczas ta sama instytucja, której założyciel mienił się dziadkiem „Słownika”, podjęła nowe wydanie Lindego (1854—1861). I znów doznał Linde pomocy społeczeństwa. Jak za napoleońskich czasów Warszawa,, tak w dobie austriackiego ucisku Lwów zakrzątnął się żwawo koło odnowy Lindego. Zmartwychwstał uzupełniony i większy. Ongi uczyła się na nim epoka romantyzmu, teraz bierze od starego słownikarza lekcję proza drugiej połowy stulecia. Wśród korekt „Słownika” krzepi się i porasta talent pisarski Szajnochy. Garściami korzysta zeń Kraszewski, w pas kłania się Henryk Sienkiewicz. I uczą się rzesze. Uczą inaczej i więcej, niż ich dziadowie, którzy słuchając Lindego płakali, jak gdyby w nasłuchu szmerów zagrobowych. Lecz jak w początku stulecia, tak i pod jego koniec jest „Słownik” Lindego nauczycielem narodu. I rozbudzicielem. Doradcą i piastunem. Kołyską nowego czasu, nowych epok w literaturze. Nie on sam, naturalnie. Jeno te krocie i krocie ziaren i kłosów, które włodarz pracowity poukładał skrzętnie w swym śpichlerzu.

W drugiej przedmowie, jaką po ukończeniu pracy żegnał się ze swym dziełem, wymknęło się Lindemu jedno określenie prorocze: „Winszować sobie nie przestanę, jeżeli dzieło moje będzie pomocne orzeźwionemu duchowi narodowemu”. Tak było istotnie. On rzeźwił zawsze i orzeźwia do dziś.


Choć stoi spracowany na policy bibliotecznej, emeryt już czcigodny i dobrze zasłużony, trudno, by starczył do dziś słownik, układany przed dziesięcioma tuzinami lat, urodzony u progu stulecia, w którym drzewo polszczyzny rozróść się miało w trójnasób i rozszumieć dźwiękami, jakich by na pewno nie pojął pan Samuel Bogumił. Zastąpili go inni: ośmiotomowy słownik warszawski Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwiedzkiego (1900 do 1927), Słownik gwar polskich Jana Karłowicza, — uzupełnią go w przyszłości „Słownik staropolski” i „Atlas języka polskiego”, oba ostatnie przygotowane do druku przez Polską Akademię Umiejętności. Bo Linde nie ogarnął wszystkiego. Zajął się wiekiem dojrzewania i męskości języka. Nie uwzględnił jego dzieciństwa. Nie dotarł, bo dotrzeć nie mógł, do nieznanych prawie wówczas zabytków przed wynalezieniem druku. Nie znał mowy żywej i gwar, bo ich znać nie mógł, ani nie rozumiał jeszcze ich znaczenia. Lecz to nie umniejsza wartości „Słownika”.


Skarbcem pozostanie zawsze
. I czymś w rodzaju herbarza rodzinnego, do którego zajrzymy zawsze ciekawi dziejów naszych przodków. Weźmy dla przykładu spracowanego staruszka na spytki. Co nam np. opowie o czołgach. Zapewne nic, bo skądżeby? Skoro nie słyszał o istnieniu zapałek? A przecie Linde nie da się zawstydzić. Nie tylko o czołganiu się opowie, ale i o czołgach samych. Smokowie czołgiem bieżą u Andrzeja Kochanowskiego, Tatary czołgiem się podmykają pod okopy w epopei Samuela Twardowskiego w XVII wieku. No dobrze, czołgi, — ale np. samoloty. Czyżby istniały przed naszą erą? Są u Lindego, chociaż nie mają żadnego związku z lotnictwem człowieka. Samolot, zdaniem pisarzy wieku renesansu, jest to taki „duży ptak”, czyli Feniks, który ma być jedyny na świecie, umiera i znowu się rodzi”. Natomiast o lotników szkoda pytać sędziwego staruszka. Nie było ich nigdy. Lotni aniołkowie, lotliwe przepiórki, konie lotne, czyli Pegazy, owszem, — ale lotnicy? Nie.


Twórca „Słownika Języka Polskiego” dożył lat późnych.
Umarł w Warszawie w r. 1847. Jako obywatel nie był bez skazy. Czyniono mu ostre zarzuty z powodu zbytniej uległości wobec władz rosyjskich. Przebaczymy mu ją jednak wobec ogromu zasług, jakie ten człowiek położył dla nawiązania kontaktu między dawnymi a młodszymi laty. Niech nas też nie razi świeża, nierdzenna polskość autora Słownika. Bo może to jej właśnie zawdzięczamy tę obiektywną ciekawość poszukiwacza? Może dzięki temu powstało dzieło gigantyczne, że Linde uczył się na nim i z nim razem? A to pewna, że tylko nierdzenny Polak mógł w owych czasach okazać tyle pedanterii i zmysłu systematyczności i sztuki wieloletniego przysiadania fałdów, bez zniechęcenia, z jednakim do końca zapałem.

Z tych samych powodów kropla niemieckiej krwi pomogła walnie Karolowi Estreicherowi do spisania i opisania wszystkich druków polskich, ks. Klukowi do uszeregowania roślin, a Ludwikowi Finklowi do stworzenia „Bibliografii Historii Polskiej”. Czystej rasy Polak nie wydołałby zamiarowi Lindego. Niecierpliwy temperament szlachecki spłonąłby od słomianego ognia już na progu dzieła. Łabędź zaprzężony do karety. Trzeba było doprząc drugiego konia, mocniejszego. Na imię mu: dokładność. Pasja dokładności była matką „Słownika”.

Stanisław Wasylewski